Pluszowe misie kontra dyktator

Śmiech jest bronią, której siłę rażenia mało kto jest w stanie oszacować. Ostatnią ofiarą zmasowanego ataku śmiechu stał się Aleksander Łukaszenka. Oto 4 lipca w przestrzeń powietrzną jego rządzonego twardą ręką państwa dostał się intruz i dokonał ataku… pluszakami. 800 pluszowych misiów z apelem o przestrzeganie praw człowieka zrzuconych zostało ze szwedzkiej awionetki nad Mińskiem oraz okolicą. Autorzy ataku zaplanowali go z godną podziwu precyzją, chodzi o termin, dzień po obchodach Dnia Niepodległości. Każdy, kto zna obyczaje naszych wschodnich sąsiadów wyobraża sobie, jakie spustoszenie w skorych do świętowania siłach zbrojnych, przynosi takie święto. Tym razem było podobnie. 

Szwedzka awionetka bez przeszkód wleciała nad terytorium Białorusi, zrzuciła swój śmiechonośny ładunek i odleciała. A efekt jej ataku można porównać do wybuchu bomby jądrowej, która nie tylko niszczy to, co spotka na drodze, ale potrafi zabijać po latach. Gdyby Łukaszenka pomyślał o poprzednikach, już szykowałby się do kapitulacji, zamiast kompromitować się wzmacnianiem obrony powietrznej, wyposażaniem helikopterów w karabiny maszynowe obsługiwane przez specjalnych strzelców, zwalnianiem ze stanowisk generałów, którzy popili i nie zauważyli szwedzkiej inwazji, czy wyrzucaniem szwedzkiego ambasadora, jakby atak misiów stanowił nie żart, a prawdziwy casus belli.

Mówi Józef Światło

Naruszanie przestrzeni powietrznej nie jest w stosunkach między państwami czymś nieznanym i niekoniecznie musi prowadzić do wojny – chyba, że zimnej. Właśnie podczas zimnej wojny przeprowadzona została największa akcja propagandowa na wrogie terytorium, a nawet terytoria, bo dotyczyło to państw tzw. obozu socjalistycznego. W połowie 1951 roku Amerykanie zaczęli wysyłać nad Europę Wschodnią balony z ulotkami propagandowymi. Od lutego 1955 wojną balonową objęto także Polskę. Akcja nosiła nazwę „Spotlight”, czyli „Reflektor” i w jej ramach przez kilka lat poleciało do naszego kraju z Niemiec Zachodnich oraz duńskiej wyspy Bornholm około 800 tys. książek i broszur, przede wszystkim „Za kulisami bezpieki i partii”, Józefa Światły, wysokiego funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który po śmierci Stalina uciekł na Zachód, a potem przed mikrofonami rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa opowiedział o tym, czego był świadkiem i uczestnikiem, a także pracownika Komitetu Centralnego PZPR Seweryna Bialera „Wybrałem prawdę”, który jak Światło „dał w długą” z PRL oraz wiele innych tytułów, nawet literackich, jak „Folwark zwierzęcy” Orwella, czy nieocenzurowane wydanie „Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza. Poszybował do naszego kraju także „Tajny Referat” I sekretarza Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikity Chruszczowa. 

Reżim komunistyczny zareagował jak każdy reżim. Milicjanci strzelali do balonów (jak wspominają świadkowie – koloru były pomarańczowego, co ma symboliczne znaczenie, bo to nie kolor agresji, a raczej zabawy). Dochodziło do aresztowań i wyroków więzienia na tych, którzy odważyli się sięgnąć po przesyłki z wolnego świata. Nawet zabieranie balonu bez zawartości było karane. Groźby jednak nie skutkowały. Stosowano więc zachęty pieniężne, za broszurę odniesioną na milicję płacono 20 zł, a za powłokę balonu sto. Ale powłoki rzadko trafiały na komisariaty, nawet pracownicy bezpieki zatrzymywali je jako świetny materiał na płaszcze przeciwdeszczowe. Do balonów też strzelano, a jedyną śmiertelną ofiarą tej wojny balonowej stał się znany baloniarz Franciszek Hynek, zestrzelony przez nadgorliwego milicjanta w 1958 roku, czyli w dwa lata po jej zakończeniu. Jaki skutek miała ta akcja? Z pewnością przyczyniła się do zmian październikowych, które stępiły kły reżimowi już na zawsze.  

Wolne Balony kontra Jaruzelski

Kto wpadł na pomysł kolejnej akcji balonowej? Seweryn Blumsztajn z paryskiego Komitetu „Solidarności” wspomina, że na początku stanu wojennego przyszli do niego trzej fizycy z jednego z podparyskich instytutów naukowych. Mieli już zebrane pieniądze i pomysł akcji. Nie wiedzieli tylko, co wysłać do Polski. Wtedy w akcję włączyli się Polacy i przygotowali teksty, które miały polecieć. Piotr Jegliński z paryskiego wydawnictwa „Editions Spotkania”, ten sam, który wysłał w maju 1976r. pierwszy powielacz dla kolegów z Lublina (dzięki czemu pojawił się w Polsce zorganizowany niezależny ruch wydawniczy) wspomina, że pomysł był jego. On też wydrukował broszurki, które przyczepiano do balonów. Nie znamy większości nazwisk uczestników akcji, ale wiadomo, że brało w niej udział kilkadziesiąt osób, przede wszystkim francuscy naukowcy z „Komitetu Wolnych Balonów dla Polski”, jak nazwali się chyba ad hoc, jak Allan Teddui. Ale nie tylko fizycy, bo także lekarze z organizacji „Lekarze bez granic” czy znany socjolog i filozof Alain Finkielkraut. Akcję pomagali przygotować Polacy i Duńczycy z komitetu „Popieraj Solidarność”, jak Wiktor Drukier, Michał Morgenstern, Roman Śmigielski, Maryla Hansen – Świętek, Kirsten Faber, czy Andrzej Świętek, który jako jedyny z duńskiego komitetu był na Bornholmie uczestnikiem napełniania i wysyłania balonów. Oni też znaleźli dogodne do wysyłki miejsce, miasteczko Dueodde, skąd po kilku tygodniach oczekiwania na odpowiednie wiatry, 5 marca 1982r. poleciało 10 tys. wypełnionych helem pomarańczowych baloników z napisem „Solidarność”, z przyczepionymi do nich dwunastrostronicowymi broszurkami, zawierającymi m.in. teksty Papieża dotyczące stanu wojennego czy schemat budowy ramki powielaczowej.

Reakcja reżimu była przewidywalna, jak wspominał przed kilkoma laty Alain Finkielkraut. Na temat akcji mówiono w radiu, pisano w „Trybunie Ludu” i „Żołnierzu Wolności”, a nawet pokazano baloniki i broszurki w Dzienniku Telewizyjnym, co u organizatorów wysyłki wzbudziło poczucie dumy. Humorystycznie brzmiały oskarżenia, które popłynęły z komunistycznych mediów. W Dzienniku TV mówiono: „Mimo międzynarodowych konwencji, mimo umów o ochronie terytorium powietrznego kraju, w ostatnich dniach powietrze nad Polską zostało zatrute. Nad bałtyckie plaże przepłynęły baloniki napełnione nie tylko helem. Wiatr przyniósł zasobniki wypełnione agresją”.

Mówiono o niedopuszczalnej ingerencji w polskie sprawy, wzywano na dywanik duńskiego ambasadora, któremu oznajmiono, że jak pisała „Trybuna Ludu”: „Polska zastrzega sobie prawo do roszczeń wobec Rządu duńskiego w wypadku jakichkolwiek szkód spowodowanych przez baloniki”. Tradycyjnie też uruchomiono wojsko i bezpiekę, baloniki śledziły wojskowe radary, a nawet do nich strzelano, co Seweryn Blumsztajn skomentował tak: „Akcja wyjątkowo się udała, bo ci idioci, nie tylko walili z armat do baloników, ale nawet je w telewizji pokazali.”          

Piotr Jegliński powtórzył, indywidualnie, akcję w 1985 r. w piątą rocznicę Sierpnia. Tym razem jednak wrogie treści dostarczyć miało morze, do którego wyrzucił kilka tysięcy paczek z nielegalną literaturą na wysokości Kołobrzegu, tuż przy polskich wodach terytorialnych. Akcja się powiodła, a tłum plażowiczów zamiast ryb, łowił bibułę. Tym razem do akcji przystąpiła dzielna marynarka wojenna, która starała się nie dopuścić do tego kolejnego naruszenia polskiej suwerenności.

Rust leci, przeciwlotnicy świętują

Szwedzi, którzy zrzucili pluszaki nad Mińskiem i Iwieńcem pozwolili białoruskim pogranicznikom spokojnie się upić, choć kaca nie dali im podleczyć. 19 – letni Niemiec, początkujący pilot – amator Mathias Rust, nie był dla swoich ofiar ze służb powietrznych ZSRR tak łaskawy, bo wylądował 100 metrów od murów Kremla w dniu święta wojsk ochrony pogranicza, 28 maja 1987r. Przeleciał przy tym, z wieloma międzylądowaniami (ostatnie w Helsinkach, a być może także gdzieś w okolicach miasteczka Stara Russa) ponad 1700 km, z Hamburga do Moskwy, wielokrotnie namierzany przez samoloty sowieckie, jednak puszczany dalej. Nie było komu wydać rozkazu, brano go za własne helikoptery, co i rusz gubiono, no a poza tym… to święto. 

W Związku Sowieckim w najlepsze szalała pierejstrojka, ale armia trzymała się mocno starego kursu i wyczyn młodego Niemca, choć ośmieszył prężące muskuły supermocarstwo, był na rękę Gorbaczowowi, stając się pretekstem do przeprowadzenia być może największej od czasów Stalina czystki w armii. Poleciał nie tylko minister obrony Siergiej Sokołow i dowódca wojsk obrony powietrznej kraju Aleksander Kołdunow, ale dymisje dotknęły ponad 2000 wyższych oficerów. Cały świat zrywał boki. Minister spraw zagranicznych RFN Hans-Dietrich Genscher w jednym z wywiadów powiedział, że na wieść o wylądowaniu Rusta pod murem najsilniej strzeżonego miejsca na świecie o mało nie pękł ze śmiechu. A jedna z gazet niemieckich zaproponowała, by ZSRR przyznał młodemu lotnikowi najwyższe odznaczenie państwowe, za obnażenie słabych punktów obrony powietrznej tego kraju.

O rany, nic się nie stało

Organizator i uczestnik przelotu ze Szwecji nad Białoruś Tomas Mazetti powiedział, że zainspirował go właśnie wyczyn Mathiasa Rusta. Liczył, że podobnie jak przed laty, w wyniku akcji „polecą głowy”, co w efekcie przyczyni się do złagodzenia oblicza reżimu. I głowy rzeczywiście poleciały, choć początkowo władze Białorusi nie chciały potwierdzić, że awionetka z misiami naruszyła przestrzeń powietrzną kraju. Co ciekawe, pierwsze wiadomości na temat tej niecodziennej dywersji tradycyjnie już podało Radio Wolna Europa. Jakbyśmy cofnęli się do czasów obozu pokoju i socjalizmu. Także reakcja władz białoruskich przypomina reakcję Jaruzelskiego z pierwszych miesięcy stanu wojennego. Strzelanie do baloników, czy zapowiedź strzelania do misiów i innej drobnej zwierzyny ośmiesza tego, który urządza pokaz siły. Łukaszenka zdaje się tego nie widzieć. A dopóki nie widzi, nie ma szans na zmiany na Białorusi. 

Jednak historia jest zmienna. W kilka lat po kanonadzie do baloników nastąpiła w PRL inwazja krasnoludków skrzykniętych przez Pomarańczową Alternatywę. Władze zareagowały rutynowo, wysyłając na żartującą młodzież milicję. Jednak czy pałowanie krasnoludków nie ośmiesza samych pałujących? Po tak postawionym pytaniu można tylko… wyprowadzić sztandar. Co w PRL zrobiono. Wyprowadzając sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czyli PZPR.


Tekst niepublikowany.

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.