Ziemia i wolność, rozmowa z prof. Bohdanem Hudziem

Rozmowa z prof. Bohdanem Hudziem, autorem książki „Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku” 


Jan Strękowski: – Jest pan autorem głośniej pracy „Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku”. Dlaczego właściwie pan ją napisał?

Bohdan Hud: – Jeszcze pod koniec lat 90. Jerzy Lubach, reżyser filmu „Trudne braterstwo” polecił mi napisać wprowadzenie do tematu: dlaczego się nie powiodło Piłsudskiemu i Petlurze w 1920 roku? Dlaczego chłopi prawobrzeżnej Ukrainy nie wsparli wyprawy kijowskiej. Później natrafiłem na prace francuskiego historyka Daniela Beauvois. Zrozumiałem, że to, co on pisze, daje odpowiedzi na wiele pytań. Także, dlaczego Piłsudskiemu i Petlurze się nie udało. 

Bardzo zainteresowała mnie też teza prof. Beauvois, że okropna rzeź wołyńska ma bardzo głębokie korzenie historyczne. Postanowiłem ją sprawdzić. Beauvois jednak badał cały trójkąt: Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Doprowadził swe badania do początku XX wieku. Zająłem się więc relacjami między Ukraińcami a Polakami, czyli chłopami  a ziemianami. Doprowadziłem to do połowy XX. Okazało się, że chłopi odegrali decydującą rolę we wszystkich konfliktach ukraińsko – polskich od podziału Rzeczypospolitej do zakończenia II wojny światowej. Starałem się pracować w sposób nieco inny niż Beauvois, sięgając przeważnie do źródeł polskich. Potwierdzają one to, co znajdujemy w dokumentach rosyjskich, że ucisk pańszczyźniany na wsi był po prostu straszny. 

JS:  – W czym dola chłopa ukraińskiego była gorsza niż chłopa polskiego?

BH: – Chodzi o skalę eksploatacji. W imperium rosyjskim procent chłopów pańszczyźnianych był relatywnie niewysoki, stanowił 14,6%. Na całej Ukrainie chłopów pańszczyźnianych było około 60%, natomiast na Prawobrzeżu ponad 80%. Znam też z relacji jednego z polskich historyków opinię żony powstańca styczniowego, która podążyła za mężem na Syberię. Ze zdumieniem napisała, że dola chłopów rosyjskich wydała się jej lepsza niż chłopa ruskiego na Ukrainie prawobrzeżnej. Może stąd brała się ta wrogość chłopa ukraińskiego do pana polskiego? 

JS: –  To Pan aż w XIX wieku szuka korzeni rzezi wołyńskiej z połowy XX wieku?

BH: –  Żeby dotrzeć do korzeni tego, co się stało, trzeba wyjść poza granice XX wieku. O ile podczas powstania listopadowego wiejska ludność ukraińska jedynie z nieufnością przyglądała się rozpaczliwej walce rewolucjonistów szlacheckich, to w roku 1863 powstanie Polaków na Ukrainie prawobrzeżnej zostało stłumione głównie przez chłopów ukraińskich. W latach 1905-07 znowu płonęły majątki Polaków, którzy na Prawobrzeżu nadal stanowili większość posiadaczy ziemskich. A w okresie 1917-18 doszło już do totalnej zagłady „ziemiańskiej arkadii” na terenach guberni podolskiej, kijowskiej i wschodniej części wołyńskiej. Tak zakończył się pierwszy etap likwidacji społeczności polskiej na prawobrzeżnej Ukrainie. Drugi nastąpił w okresie II wojny światowej. Należy podkreślić, że to, co się działo w 1943-1944 r. w ogromnym stopniu przypominało lata 1917- 1918. Z tą różnicą, że w 1917-1918 niszczono przeważnie gniazda, a w 1943-1944 niszczyli i gniazda, i pisklęta, żeby nie było wracać i dokąd, i komu. 

JS: – Jakie były tego przyczyny? 

BH: – Najpierw tradycyjna żądza ziemi ze strony chłopów. Ale też specyfika Wołynia, który do I wojny światowej wchodził w skład imperium rosyjskiego. Sytuacja tu była bardzo skomplikowana. Prawie całe chłopstwo ukraińskie należało wtedy do tzw. czarnej sotni – Sojuza Russkogo Naroda, ponieważ jej hasłem było wypędzenie Żydów i Polaków z Wołynia i przekazanie ich ziem chłopom. Ciekawie, że na czele SRN stał archimandryta Ławry Poczajewskiej, czyli kierowała tym Cerkiew prawosławna. W okresie międzywojennym decydujący wpływ na chłopów wołyńskich miała Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy. To komuniści rzucili w latach 30. hasło eksterminacji Polaków, a w roku 1939 zorganizowali większość wystąpień antypolskich na Wołyniu.

Inna rzecz, że czytając prace polskich autorów można dojść do wniosku, że na Wołyniu nie było nic poza bezbronną ludnością polską i UPA. Nie było partyzantki sowieckiej, ani Niemców. UPA przychodzi z Galicji, zaczyna eksterminację i likwiduje dziesiątki tysięcy Polaków. 

JS: – A nie było tak?

BH: – Co prawda UPA inspirowała to, co się działo na Wołyniu. Ta partyzantka wykorzystała też taktykę bolszewicką z 1917 roku. W 1943 Kłym Sawur, jak kiedyś bolszewicy, podpisał dekret o ziemi, stworzył komitety ziemskie, które rozdały chłopstwu świadectwa nadziału ziemi należącej kiedyś do kolonistów, obszarników czy ziemian polskich. I otrzymał wsparcie chłopów wołyńskich. Ale sami nacjonaliści ukraińscy narzekali, że chłopi przyjmują ich ideologię w sposób bardzo uproszczony. Chcą niepodległej Ukrainy, ale traktują ją jako kawał ziemi bliżej do wsi i buty na nogach swojego dziecka. 

JS: –  Ale skąd ta  wrogość do wszystkiego co polskie?

BH: – Polska i Polacy kojarzyli się chłopom ukraińskim z dawnymi panami – Lachami, którzy rozmawiali po polsku, chodzili do kościoła. Ciekawie, że w XIX wieku na Ukrainie prawobrzeżnej słowo Lach straciło swoje narodowe znaczenie. Oznaczało Pan. Lachami nazywano wszystkich przedstawicieli elit ziemiańskich. Niezależnie od tego, czy ten ktoś był Polakiem, Litwinem, Rusinem. 

JS:  – Dlaczego to na Wołyniu doszło do takiej tragedii? 

BH: – Jedna z przyczyn to psychologia chłopa wołyńskiego. O tym pisał jeszcze Józef Ignacy Kraszewski: ten chłop jest łagodny i spokojny, ale do pewnej granicy. Potwierdza to też Zofia Kossak-Szczucka. Konstanty Srokowski w raporcie napisanym na początku lat dwudziestych ostrzegał, że wyjątkowe klasowe uświadomienie chłopa wołyńskiego, przy takiej polityce narodowościowej II Rzeczypospolitej, doprowadzi do strasznej eksplozji. Na Wołyniu Zachodnim powstania prosowieckie wybuchały do 1932 roku. Również polityka osadnictwa i kolonizacji stwarzała atmosferę niechęci chłopów wołyńskich do wszystkie, co polskie. Na ich antypolską postawę ogromny wpływ miał wreszcie koniec lat 30  i polityka „rewindykacji”, polegająca m.in. na niszczeniu cerkwi prawosławnych. Jak wspominał profesor Tadeusz Chrzanowski, jego ojciec krzyczał, że przez to „nas tu Rusini wyrżną, że tego nam nigdy nie zapomną!” Maria Dąbrowska zaś pisała, że Polska zapłaci za tę politykę straszną cenę. 

JS: – A jak to się ma do prowadzonej na Wołyniu proukraińskiej polityki wojewody Henryka Józewskiego?

BH: – Józewski prowadził tę politykę jedynie od początku lat 30 do 1935., do śmierci marszałka Piłsudskiego. Rzeczywistość pokazała, że do pojednania nie doszło,  a władze po 1935 roku zmarnowały wszystko, co udało się zrobić Józewskiemu. Ostatnie lata II RP pozostały w pamięci miejscowych chłopów jako czas ucisku i prześladowań Cerkwi prawosławnej. Są informacje, że w latach II wojny światowej niektórzy księża prawosławni błogosławili noże, siekiery, widły, a niektórzy osobiście brali udział w niszczeniu Polaków. Jak w miasteczku Czartorysk, gdzie księża prawosławni dokonali egzekucji 17 Polaków. Te wydarzenia noszą więc też znamiona wojny religijnej.

JS: – Pan w książce mówi o konflikcie społeczno – etnicznym.

BH: – Na Ukrainie prawobrzeżnej w XIX wieku podziały etniczne były tożsame ze społecznymi, bo chłopi byli, jak podkreślał Jasienica, Rusinami, a ziemiaństwo prawie całkowicie polskie. Był to więc konflikt społeczno-etniczny. W okresie międzywojennym polityka agrarna II RP stała się faktycznie polityką narodowościową. Chodziło o kolonizowanie Kresów polską ludnością chłopską, żeby to ona decydowała o losach tych ziem, a nie miejscowa ludność ruska. Dla Ukraińców było to nie do przyjęcia. Oczywiście, później chłopi nawet przyjaźnili się z tymi osadnikami. Była pozornie zgoda, ale jednak doszło do strasznych rzeczy w latach 1943-1944. Pisze o tym były komendant Okręgu AK, kpt. Wincenty Romanowski. Że bez powszechnego wsparcia chłopów UPA nigdy nie dokonałaby tego, co chciała dokonać – procesu depolonizacji Wołynia. I co ciekawe, w 1944 roku w jednej z ulotek AK wydarzenia na Wołyniu porównuje z „rabacją 1846” w Galicji Zachodniej. Nie pisano by tak, gdyby chłopi nie brali tak czynnego udziału w tych strasznych wydarzeniach. Dlatego „tragedię wołyńską” można też określić jako wojnę chłopską.

JS: – Jak tutaj mieści się inspiracja nacjonalistyczna?

BH: – Nacjonaliści kontynuowali to, co przed I wojną światową robiła czarna sotnia i komuniści w okresie międzywojennym, czyli realizowali hasła eksterminacji Polaków, Lachy za San, Polaków wypędzić etc. By przeciągnąć na swoją stronę chłopstwo wykorzystano to, o czym już mówiłem: pożądanie ziemi. Ale należy dodać, że sporadyczne mordy sąsiedzkie miały miejsce jeszcze na przełomie lat 1942 – 1943. Zabijano sąsiadów z powodów majątkowych, zabijano leśników, przedstawicieli polskiej administracji gospodarstw rolniczych, które na miejsce niektórych folwarków zorganizowali Niemcy. Wincenty Romanowski pisze, że kiedy miały miejsce pierwsze mordy na Polakach, to mordercy nacierali twarze sadzami, bądź robili prowizoryczne maski z papieru, żeby ich nie poznano. Co wskazuje, że robiła to nie UPA, ale wczorajsi „dobrzy sąsiedzi”. 

JS: – A skąd to okrucieństwo? 

BH: – Jeszcze w XIX wieku urzędnicy rosyjscy podkreślali, że chłopi są podatni i ulegli tylko do pewnych granic, a później stają się stadem dzikich koni – których powstrzymanie jest niemożliwe. Iwan Bunin pisał, że przed I wojną światową chłopi rosyjscy dla rozrywki potrafili obedrzeć żywego byka ze skóry. Jewhen Czykałenko, ziemianin ukraiński wspominał, że w dwu wsiach, gdzie miał swe posiadłości, na 250 gospodarzy znalazł tylko pięć osób z przyzwoitą reputacją. Pozostali to byli złodzieje, pijacy i mordercy. Według niego było to skutkiem panowania Polaków i Rosjan, którzy nie pracowali z chłopstwem, trzymali je w ciemnocie, w odróżnieniu od Litwy, gdzie ziemiaństwo zbliżyło się do chłopów. Dlatego w latach 1905-1907 i 1917-1918 nie było tam tak strasznych rozruchów jak na Prawobrzeżu. 

JS: – Ale czy skupienie się tylko na czynnikach chłopskim i głodu ziemi, nie jest zbyt wąskie?

BH: – Owszem, w latach 1939-1945 swoją rolę odegrały czynniki społeczny, religijny i narodowy. Zrobiła się z tego piekielna mieszanka, która wyzwoliła w wielu ludziach straszną nienawiść. Ja uwypuklam czynnik społeczny. W przedostatnim rozdziale analizuję zaś też wydarzenia o charakterze religijnym. Niszczenie cerkwi prawosławnych na Wołyniu. Piszę też o wpływach komunistycznych i nacjonalistycznych. Co ciekawe, nacjonaliści wykorzystywali społeczne hasła komunistów. A ci hasła nacjonalistyczne. Wszystko sprowadzało się jednak do jednego wniosku. Komuniści twierdzili: by zdobyć ziemię, trzeba usunąć Polaków; nacjonaliści zaś: chcesz zdobyć państwo ukraińskie, trzeba usunąć Polaków. Cerkiew prawosławna też była nastawiona antypolsko. Czyli wrogość wobec Polaków wychodziła i ze strony komunistów, i nacjonalistów, i kleru prawosławnego. Dla porównania, UPA nie powiodło się na wschodnim Wołyniu, na terenach, które przed wojną należały do Związku Radzieckiego. Nie było tu żadnych antypolskich wystąpień, choć UPA próbowała je tam zainspirować.

JS: – Dlaczego?

BH: – Myślę, że pod Sowietami ziemia straciła wartość dla chłopów, lata 1932-1933 pokazały, że posiadanie ziemi jest niebezpieczne.  A po drugie, i Polacy i Ukraińcy jednakowo byli prześladowani. Ukraińców wysiedlano, bo byli wśród nich kurkuli, czyli kułacy. Polaków, bo byli Polakami. Ukraińcy więc nie utożsamiali Polaków z państwem, które prowadziło wobec nich politykę represji. 

JS: – Jak jest z badaniami historycznymi na temat tego, co się zdarzyło na Wołyniu? 

BH: – Historycy ukraińscy badają wydarzenia wołyńskie w kontekście historii politycznej. Moje podejście, że czynnik społeczny odgrywał główną rolę, nie jest przyjmowane. Badacze ukraińscy prawie nie piszą o tych straszliwych pogromach, które ogarnęły Prawobrzeże podczas rewolucji 1917-1918. Dwa zdania i koniec. A to miało ogromne znaczenie. To była straszna klęska cywilizacyjna, bo ta obszarnicza Arkadia, budowana w ciągu stuleci, była wysoką cywilizacją rolniczą. Została zniszczona. W niektórych miejscach wykopywano nawet fundamenty i orano ziemię, żeby śladu nie pozostało po krwiopijcach, jak mówili bolszewicy. Zniszczono bezcenne dzieła sztuki, kolekcje porcelany saskiej młócono cepami, fortepiany topiono w stawach albo robiono z ich wiek drzwiczki do chlewów. Konie do jazdy wierzchem palono razem ze stajniami, bo nie nadawały się do pracy na roli itd. Była to inspiracja bolszewicka, ale też barbarzyństwo samych chłopów. Agitatorami też byli chłopi, którzy stali się bolszewikami.

JS: – A pokolenie później?

BH: – W latach 1943-1944, na Wołyniu mamy do czynienia z inspiracją UPA, ale UPA prawie w całości składała się z miejscowych chłopów. Wszędzie ta masa chłopska, która pragnęła zdobyć ziemię sąsiada. Jednak historycy polscy również skupiają uwagę na aspektach politycznych. Nie chcą w swych analizach, przyczyn tragedii wołyńskiej wychodzić poza ramy XX wieku.  Grzegorz Motyka swą książkę „Od rzezi wołyńskiej do Akcji Wisła” zaczyna od 1 listopada 1918 roku i 90% jej pierwszego rozdziału poświęca Galicji Wschodniej. A później przenosi się od razu do wydarzeń 1939 roku na Wołyniu, pomijając fakt, że organizatorami antypolskich wystąpień byli tam komuniści. Notabene, według Janiny Stobniak – Smogorzewskiej na 36 wystąpień 8 zorganizowali nacjonaliści, 28 zaś komuniści. Nic więc dziwnego, że na konferencji naukowej w czerwcu 2013 roku, poświęconej wydarzeniom wołyńskim występuje Ewa Siemaszko i mówi, że na Wołyniu hasła eksterminacji Polaków padły już w latach 30, a pierwsze antypolskie wystąpienia miały miejsce w 1939 i tylko okupacja sowiecka uratowała Polaków od całkowitego wyniszczenia. No i siedzą poważni historycy polscy i ukraińscy. I milczą. A przecież hasła eksterminacji Polaków na Wołyniu jako pierwsi rzucili komuniści.

JS: – Jak w takim razie potraktować pojawiający się nieraz wątek „bratniej pomocy”, ocalenia, które jakoby przyszło na Wołyń wraz z wojskami sowieckimi?

BH: – Jak można mówić o tym, że okupacja sowiecka uratowała Polaków, skoro Armia Czerwona rozrzucała ulotki z podpisem marszałka Tymoszenki, żeby chłopi ukraińscy brali kosy, widły, grabie i razem z Armią Czerwoną szli bić „polskich panów”? Pokazuje to, że historycy polscy czasami nie potrafią się oprzeć opinii społecznej, twierdzącej, że wszystkich nieszczęść Polaków na Wołyniu winni są nacjonaliści. W znacznym stopniu odpowiadają za to komuniści – i nacjonaliści też.     A że Ukraińcy zamordowali więcej osób – nikt tego nie kwestionuje. Jak mówił Jarosław Daszkewicz, to co się stało na Wołyniu, nawet jeżeli brać pod uwagę międzywojenną politykę rządów polskich, prowokacje niemieckie i radzieckie, zasługuje na surowe i bezwarunkowe potępienie. Nie ma usprawiedliwienia dla UPA, która wykorzystała niechęć chłopów, żeby rozpocząć na Wołyniu rabację na wzór Galicji Zachodniej w 1846 roku. Ale Daszkewicz przytacza słowa wielkiego kanclerza Stanisława Albrechta Radziwiłła: „Kozacy i czerń poczynili straszne przestępstwa, bo straszne były grzechy nasze.” Szereg dokumentów podziemia polskiego potwierdza czynny udział mas chłopskich Wołynia w mordach Polaków. UPA oczywiście była inspiratorem. Ale przypomnę, inspiracja była możliwa tylko tam, gdzie był dla niej grunt. 

JS: – Jak żyć z pamięcią o tym wszystkim? 

BH: – Nie wolno tworzyć pamięci zbiorowej. Taka pamięć porusza masami, a te masy w stanie agresji mogą zrobić bardzo niedobre rzeczy. W roku 2003 podpisałem oświadczenie czterdziestu intelektualistów ukraińskich, prosząc o wybaczenie stronę polską za to, co się stało na Wołyniu. Jeżeli pan myśli, że mnie nie boli to, co się stało na Wołyniu, to się myli – to mnie boli. Nie mogę spokojnie czytać relacji świadków, jak mordowano i niszczono. Przeżywam zagładę polskości na prawobrzeżnej Ukrainie jako osobistą tragedię. Staram się wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, a jednak boli. Boli zachowanie chłopów podczas powstania 1863 roku i w 1917-1918 i w 1943-1944.

JS: – Polacy chcą, żeby Ukraińcy ocenili zdecydowanie negatywnie UPA i działaczy UPA. 

BH: – Kiedyś czytałem, że w czasach antycznych piękne rzeźby greckie były pomalowane farbami w sposób dość prymitywny. Czas oczyścił je. Pozostały białe, czyste, piękne. Prawdopodobnie to samo w pamięci społecznej odbywa się z UPA. Historia służy budowaniu tożsamości opartej na legendzie walki o niepodległość Ukrainy. UPA w pamięci współczesnych mieszkańców Ukrainy to bohaterowie. To jest ta piękna strona. Ale pozostaje i czarna strona. Niszczenie kobiet, starców, dzieci. Musimy ją też dostrzegać i potępić, podobnie jak zrobili to Polacy w stosunku do sprawców mordu w Jedwabnem.

JS: – Nie tylko mordu, ale i osób…

BH: – I mordu i tych, którzy to zorganizowali. Ale tu jest trudniejsza kwestia. Sprawcami były masy ludności, które uważały, że są sędziami, wykonawcami wyroku. A nie prostymi zbrodniarzami. Myśleli, że walczą o sprawiedliwość: dziejową, społeczną. Uważam jednak, że nie można usprawiedliwiać mordów nawet pięknymi hasłami walki o niepodległość. Jak mówił Jacek Kuroń, jeżeli Ukraińcy chcą zachować niepodległość, to się nie mogą wyrzec pamięci o UPA. Historia jest różna. Polacy powinni uświadomić sobie, że AK dla Białorusinów, Ukraińców czy Słowaków nie jest armią bohaterską. Tak samo Ukraińcy powinni włączyć zdrowy rozsądek. Uświadomić sobie, że postawienie takiej ilości pomników bohaterom UPA nie zmieni ich życia na lepsze. Narazi za to na konflikty z sąsiadami. 

JS: – A gdzie szukać wspólnoty losów polskich i ukraińskich?

BH: – W czasach kozackich to na przykład wspólna wyprawa na Moskwę na początku XVII wieku, a także wojny ze światem muzułmańskim. Chocim i Wiedeń to chyba dobre przykłady współpracy Rzeczypospolitej z Kozakami. Także okres międzywojenny można przedstawiać w różny sposób. W latach 30. w Galicji Wschodniej istniały ukraińskie partie polityczne, wychodziło około stu czasopism ukraińskich, była silna spółdzielczość. Mieliśmy więc możliwości rozwoju życia kulturalnego, politycznego i gospodarczego. Bo Polska, w odróżnieniu od Związku Radzieckiego, była jednak państwem europejskim, do jakiegoś stopnia demokratycznym. No i najpiękniejszą kartą wieku XX. był sojusz Piłsudski – Petlura. Moim zdaniem dzisiejsze pokolenie Ukraińców i Polaków powinno kierować się słowami Symona Petlury: „My, Ukraina i Polska, musimy dojść do porozumienia, żeby się oprzeć Moskwie. Żadne powoływanie się na przykłady ukraińsko-polskich nieporozumień w przeszłości nie może być podstawą do współczesnej realnej polityki.” 


Prof. Bohdan Hud jest historykiem, dyrektorem Instytutu Integracji Europejskiej na Uniwersytecie im. Iwana Franki we Lwowie, 

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.